5 miejsc, w których uciekają Ci pieniądze.

Sprzedaż w firmie może wyglądać całkiem dobrze: telefon dzwoni, pojawiają się zapytania, handlowcy prowadzą rozmowy, klienci podpisują umowy, a na konto regularnie wpływają pieniądze. Patrząc z boku, trudno więc powiedzieć, że coś jest nie tak.

I właśnie w tym miejscu zaczyna się problem.

Fakt, że firma sprzedaje, nie oznacza jeszcze, że jej proces sprzedaży działa dobrze. Czasem oznacza jedynie tyle, że mimo wielu nieszczelności nadal udaje się generować przychód. Marketing dostarcza leady, zespół pracuje, handlowcy coś sprzedają, ale wynik wciąż pozostaje niższy, niż mógłby być.

Właściciel zaczyna wtedy szukać rozwiązania tam, gdzie zwykle szuka się go najpierw: więcej reklam, więcej leadów, nowy handlowiec, kolejny kanał dotarcia, nowa kampania.

Tymczasem pieniądze często nie leżą w nowych działaniach.

Leżą w tym, co już masz.

W klientach, którzy kiedyś kupili. W ofertach, do których nikt nie wrócił. W osobach, które skorzystały z jednej usługi, ale nigdy nie usłyszały, jaki może być kolejny krok. W procesie obsługi, który po zakupie zamiast budować zaufanie pozostawia klienta z pytaniem: „I co teraz?”.

To właśnie tam najczęściej powstają dziury, przez które codziennie uciekają pieniądze.

1. Brak dosprzedaży – klient kupił raz i na tym kończy się cała historia

Pozyskanie nowego klienta kosztuje.

Najpierw trzeba do niego dotrzeć. Zapłacić za reklamę albo poświęcić czas na tworzenie treści. Odpowiedzieć na zapytanie. Przeprowadzić rozmowę. Przygotować ofertę. Wyjaśnić wątpliwości. Zbudować zaufanie.

A potem klient w końcu mówi: „tak”.

I w wielu firmach dokładnie w tym momencie cała sprzedaż się kończy.

To trochę tak, jakby wykonać najtrudniejszą część pracy, a później zrezygnować z wykorzystania relacji, którą właśnie udało się zbudować.

Klient, który już Ci zaufał, zna firmę, ma pierwsze doświadczenie z Twoją obsługą i wie, czego może się spodziewać, jest zupełnie innym klientem niż osoba, która widzi Cię po raz pierwszy.

I nie chodzi o to, żeby po pierwszej transakcji natychmiast próbować „wcisnąć” mu coś kolejnego.

Chodzi o znacznie prostsze pytanie:

Co naturalnie powinno wydarzyć się dalej?

Jeśli klient kupił szkolenie, kolejnym krokiem może być wdrożenie.

Jeśli kupił wdrożenie, kolejnym etapem mogą być konsultacje albo monitoring efektów.

Jeżeli zamówił audyt, być może potrzebuje planu naprawczego.

Jeśli kupił produkt, naturalnym rozszerzeniem może być serwis, opieka albo dodatkowy pakiet.

Dobrze zaprojektowana dosprzedaż nie polega na przypadku ani na tym, że handlowiec któregoś dnia „sobie przypomni”. Powinna być częścią całego procesu sprzedaży.

Po konkretnym zakupie powinno być wiadomo, kiedy wracamy do klienta, z jaką propozycją, kto to robi i dlaczego właśnie ten kolejny krok może mieć dla niego wartość.

Jeśli tego procesu nie ma, firma codziennie zostawia część pieniędzy na stole.

Zadaj sobie jedno pytanie:

Czy po zakupie klient ma u Ciebie zaplanowany kolejny, naturalny krok sprzedażowy?

Jeżeli odpowiedź brzmi „nie”, być może właśnie znalazłeś pierwszą nieszczelność.

2. Masz bazę byłych klientów, ale zachowujesz się tak, jakby jej nie było

W wielu firmach można znaleźć bazę z setkami, a czasem tysiącami kontaktów.

Są tam osoby, które kiedyś kupiły.

Klienci, którzy znają firmę.

Ludzie, którzy być może byli zadowoleni ze współpracy, ale od miesięcy albo nawet lat nikt się do nich nie odezwał.

I w tym samym czasie firma mówi:

„Potrzebujemy nowych leadów”.

Nowe leady oczywiście są potrzebne. Ale zanim wydasz kolejne pieniądze na ich zdobywanie, warto sprawdzić, czy przypadkiem nie ignorujesz osób, które już kiedyś powiedziały Ci „tak”.

Reaktywacja klienta może być jednym z najszybszych sposobów na odzyskanie części sprzedaży, ponieważ nie zaczynasz tej relacji od zera.

Ten człowiek zna nazwę Twojej firmy.

Pamięta osobę, z którą rozmawiał.

Ma jakieś doświadczenie z produktem lub usługą.

Wie już mniej więcej, czego może się po Tobie spodziewać.

Problem w tym, że wiele firm boi się reaktywacji, ponieważ kojarzy ją z nachalnością.

A przecież powrót do klienta nie musi wyglądać jak telefon:

„Dzień dobry, dawno Pan nic od nas nie kupował”.

Może być informacją o nowej usłudze.

Może być propozycją przeglądu aktualnej sytuacji.

Może być przypomnieniem o usłudze cyklicznej.

Może wynikać z tego, że pojawiło się rozwiązanie problemu, którego wcześniej nie dało się rozwiązać.

Reaktywacja nie polega na naciskaniu.

Polega na tym, żeby wrócić z wartością i w odpowiednim momencie.

Bo baza klientów, z którą od lat nic nie robisz, nie jest tylko bazą kontaktów.

To często zamrożony potencjał sprzedażowy.

Sprawdź swoją bazę klientów

Weź klientów z ostatnich 12 albo 24 miesięcy i zobacz, ilu z nich otrzymało konkretny kontakt reaktywacyjny.

Nie newsletter wysłany automatycznie do wszystkich.

Nie ogólną reklamę.

Konkretny kontakt.

Konkretną propozycję.

Konkretny powód, dla którego warto wrócić do rozmowy.

Możesz się zdziwić, jak duża część bazy od dawna pozostaje zupełnie niewykorzystana.

3. Wysłaliście ofertę. I zapadła cisza

To jeden z najbardziej klasycznych scenariuszy sprzedażowych.

Marketing wygenerował zapytanie.

Klient porozmawiał z handlowcem.

Był zainteresowany.

Poprosił o ofertę.

Oferta została wysłana.

A potem…

nic.

Mijają trzy dni.

Tydzień.

Dwa tygodnie.

Ktoś w końcu przypomina sobie o kliencie i wysyła maila:

„Czy miał Pan okazję zapoznać się z naszą ofertą?”

Jeżeli odpowiedzi nadal nie ma, temat trafia do szufladki pod nazwą:

„Klient niezainteresowany”.

Tyle że bardzo często to nie klient był niezainteresowany.

Bardzo często nikt nie poprowadził go dalej.

Klient mógł nie mieć czasu.

Mógł nie zrozumieć różnicy między rozwiązaniami.

Mógł potrzebować konsultacji z kimś z zespołu.

Mógł mieć nagle zupełnie inny problem do rozwiązania.

Mógł odłożyć temat na później i zwyczajnie o nim zapomnieć.

Dlatego dobry follow-up nie jest desperackim przypominaniem się klientowi.

Jest częścią procesu sprzedażowego.

I przede wszystkim powinien wnosić coś do rozmowy.

Zamiast:

„Czy zapoznał się Pan z ofertą?”

możesz wrócić z komunikatem:

„Po naszej rozmowie widzę trzy miejsca, w których możemy realnie poprawić ten proces. Chciałbym je krótko omówić”.

Albo:

„Wracam do tematu, bo w podobnych firmach na tym etapie najczęściej pojawiają się dwa problemy. Warto sprawdzić, czy u Państwa jest podobnie”.

Różnica jest ogromna.

W pierwszym przypadku przypominasz o swoim istnieniu.

W drugim dajesz klientowi powód, żeby wrócić do rozmowy.

Dobry follow-up powinien mieć swój rytm.

Zespół powinien wiedzieć:

  • ile prób kontaktu wykonujemy,
  • w jakich odstępach,
  • jakimi kanałami,
  • z jakim celem,
  • kiedy zamykamy temat,
  • a kiedy odkładamy go na później.

Jeśli wszystko zależy od pamięci handlowca, jego kalendarza albo od tego, czy danego dnia zdąży wrócić do wszystkich ofert, nie masz procesu.

Masz przypadek.

A przypadek bardzo trudno skalować.

4. Sprzedaż się udała, ale klient chwilę później zaczyna się zastanawiać, czy dobrze wybrał

Wyobraź sobie klienta, który właśnie podpisał umowę.

Po stronie firmy jest satysfakcja.

Sprzedaż domknięta.

Cel osiągnięty.

Można symbolicznie otworzyć szampana.

Tymczasem po drugiej stronie zaczyna się zupełnie inna historia.

Klient patrzy na maila i zastanawia się:

Co teraz?

Kto się ze mną skontaktuje?

Czy mam coś przygotować?

Kiedy zaczynamy?

Kiedy zobaczę pierwszy efekt?

Kto prowadzi projekt?

Gdzie mam wysyłać materiały?

I nagle pojawia się niepewność, choć kilka godzin wcześniej klient był przekonany, że podjął dobrą decyzję.

Właśnie dlatego onboarding klienta jest częścią sprzedaży, nawet jeśli formalnie transakcja została już zamknięta.

Pierwsze dni współpracy często decydują o tym, czy klient poczuje:

„Jestem w dobrych rękach”.

czy raczej:

„Mam nadzieję, że dobrze zrobiłem”.

Dobry onboarding powinien bardzo szybko odpowiedzieć na kilka prostych pytań:

Co wydarzy się teraz?
Kto za co odpowiada?
Jak wygląda plan?
Jakie są kolejne etapy?
Czego potrzebujemy od klienta?
Kiedy może spodziewać się pierwszego konkretnego rezultatu?

I naprawdę nie potrzeba do tego wielkiego systemu.

Czasami wystarczy dobry mail powitalny.

Checklista.

Krótka rozmowa startowa.

Harmonogram.

Dokument opisujący zasady współpracy.

Prosty materiał pokazujący, kto odpowiada za dany etap projektu.

To drobne rzeczy, ale dla klienta są sygnałem:

ta firma wie, co robi.

Słaby onboarding kosztuje więcej, niż na pierwszy rzut oka widać, ponieważ jego konsekwencją może być niższa retencja, mniej kolejnych zakupów, słabsze polecenia, większa liczba pytań i więcej pracy po stronie zespołu.

Dlatego warto zadać sobie bardzo proste pytanie:

Czy klient po zakupie czuje, że wszedł do poukładanego procesu, czy do chaosu?

Odpowiedź może powiedzieć Ci więcej niż niejeden raport sprzedażowy.

5. Każdego klienta traktujesz dokładnie tak samo

Jeden klient właśnie pierwszy raz wszedł na Twoją stronę.

Drugi rozmawiał już z handlowcem i dostał ofertę.

Trzeci kupił trzy razy.

Czwarty nie korzystał z Twoich usług od dwóch lat.

Piąty jest dużą firmą i może regularnie składać zamówienia.

Szósty potrzebuje tylko jednej niewielkiej usługi.

A teraz wyobraź sobie, że do wszystkich sześciu osób wysyłasz dokładnie ten sam komunikat.

Brzmi absurdalnie?

A jednak właśnie tak działa wiele firm.

Jedna oferta.

Jeden schemat maila.

Jeden follow-up.

Ta sama komunikacja.

Ten sam newsletter.

Problem polega na tym, że klient nie znajduje się zawsze w tym samym miejscu.

Inaczej rozmawiasz z osobą, która dopiero Cię poznaje.

Inaczej z klientem, który jest już blisko decyzji.

Inaczej z kimś, kto kupował wcześniej.

A jeszcze inaczej z osobą, która potrzebuje reaktywacji.

Segmentacja nie jest więc kolejnym marketingowym hasłem.

To sposób na dostosowanie komunikacji do sytuacji, w której realnie znajduje się klient.

I nie trzeba od razu budować skomplikowanego systemu.

Na początek możesz stworzyć kilka prostych grup:

  • nowy lead,
  • lead po rozmowie,
  • klient aktywny,
  • klient nieaktywny,
  • klient z potencjałem na kolejną sprzedaż,
  • klient wymagający reaktywacji.

Już tak proste rozróżnienie pozwala inaczej zaplanować komunikację, czas kontaktu, ofertę i follow-up.

Im lepiej znasz konkretne grupy swoich klientów, tym łatwiej odpowiedzieć na ich rzeczywiste potrzeby zamiast mówić do wszystkich jednym głosem.

Jak uszczelnić sprzedaż w firmie, zanim zaczniesz szukać nowych leadów?

Kiedy wynik przestaje rosnąć, pierwszym odruchem często jest dokładanie.

Więcej reklam.

Więcej leadów.

Więcej treści.

Więcej handlowców.

Więcej narzędzi.

Więcej kampanii.

Tylko że jeżeli obecny proces sprzedaży jest nieszczelny, dokładanie kolejnych leadów może przypominać nalewanie wody do dziurawego wiadra.

Możesz nalewać szybciej.

Możesz znaleźć większe źródło.

Możesz kupić lepszy wąż.

Ale jeżeli woda cały czas ucieka, problem nadal istnieje.

Dlatego zanim zwiększysz budżet marketingowy, sprawdź, jak naprawdę wygląda sprzedaż w firmie i zadaj sobie pięć pytań:

1. Czy po pierwszym zakupie klient dostaje propozycję kolejnego, naturalnego kroku?

2. Czy regularnie wracacie do byłych klientów z konkretną wartością?

3. Czy follow-up prowadzi rozmowę do przodu, czy jest tylko przypomnieniem o wysłanej ofercie?

4. Czy klient po zakupie dokładnie wie, co wydarzy się dalej?

5. Czy komunikacja jest dopasowana do etapu relacji z klientem?

Nie próbuj naprawiać wszystkich pięciu obszarów jednocześnie.

Wybierz jeden.

Sprawdź go.

Ułóż proces.

Zmierz efekt.

Dopiero później przejdź do następnego.

Bo czasami wzrost sprzedaży nie zaczyna się od zdobycia kolejnych stu klientów.

Czasami zaczyna się od tego, żeby przestać tracić tych, których już udało Ci się zdobyć.

Telefon dzwoni. Od czasu do czasu pojawia się nowe zapytanie. Handlowcy prowadzą rozmowy, klienci podpisują umowy, na konto wpływają pieniądze.

Patrząc z boku, można więc powiedzieć: sprzedaż działa.

I właśnie w tym miejscu zaczyna się problem.

Fakt, że firma sprzedaje, nie oznacza jeszcze, że jej proces sprzedaży działa dobrze. Czasem oznacza jedynie tyle, że mimo wielu nieszczelności nadal udaje się wygenerować przychód. Firma pozyskuje klientów, zespół pracuje, marketing dostarcza leady, a mimo to wynik jest niższy, niż mógłby być.

Właściciel zaczyna wtedy szukać rozwiązania tam, gdzie zwykle szuka się go najpierw: więcej reklam, więcej leadów, nowy handlowiec, kolejny kanał dotarcia, nowa kampania.

Tymczasem pieniądze często nie leżą w nowych działaniach.

Leżą w tym, co już masz.

W klientach, którzy kiedyś kupili. W ofertach, do których nikt nie wrócił. W osobach, które dostały usługę, ale nigdy nie usłyszały, co mogłyby zrobić dalej. W procesie obsługi, który po zakupie zamiast budować zaufanie, zostawia klienta z pytaniem: „I co teraz?”.

To właśnie tam najczęściej pojawiają się dziury, przez które codziennie uciekają pieniądze.

1. Klient kupił raz i… na tym kończy się cała historia

Pozyskanie nowego klienta kosztuje.

Najpierw trzeba do niego dotrzeć. Zapłacić za reklamę albo poświęcić czas na content. Odpowiedzieć na zapytanie. Przeprowadzić rozmowę. Przygotować ofertę. Wyjaśnić wątpliwości. Zbudować zaufanie.

A potem klient w końcu mówi: „tak”.

I w wielu firmach dokładnie w tym momencie cała sprzedaż się kończy.

To trochę tak, jakby przebiec maraton, zatrzymać się metr przed metą i uznać, że dalsza część już nie ma znaczenia.

Klient, który już Ci zaufał, zna firmę, zna jakość obsługi i ma pierwsze doświadczenie z Twoją marką, jest zupełnie innym klientem niż osoba, która widzi Cię pierwszy raz.

I nie chodzi tutaj o to, żeby po pierwszej transakcji natychmiast próbować „wcisnąć” mu coś kolejnego.

Chodzi o znacznie prostsze pytanie:

Co naturalnie powinno wydarzyć się dalej?

Jeśli klient kupił szkolenie, kolejnym krokiem może być wdrożenie.

Jeśli kupił wdrożenie, kolejnym etapem mogą być konsultacje albo monitoring efektów.

Jeśli zamówił audyt, być może potrzebuje planu naprawczego.

Jeżeli kupił produkt, być może sensownym rozszerzeniem będzie serwis, opieka lub dodatkowy pakiet.

Dobrze zaprojektowana dosprzedaż nie polega na przypadku ani na tym, że handlowiec „sobie przypomni”. Powinna być elementem procesu.

Po konkretnym zakupie wiadomo, kiedy wracamy do klienta, z jaką propozycją, kto to robi i dlaczego właśnie ta oferta jest dla niego kolejnym logicznym krokiem.

Jeśli tego procesu nie ma, firma codziennie zostawia część pieniędzy na stole.

Pytanie, które warto sobie zadać:

Czy po zakupie klient ma u Ciebie zaplanowany kolejny naturalny krok sprzedażowy?

Jeżeli odpowiedź brzmi „nie”, być może właśnie znalazłeś pierwszą nieszczelność.

2. Masz bazę byłych klientów, ale zachowujesz się tak, jakby jej nie było

W wielu firmach można znaleźć bazę z setkami, a czasem tysiącami kontaktów.

Są tam osoby, które kiedyś kupiły.

Klienci, którzy znają firmę.

Ludzie, którzy być może byli zadowoleni ze współpracy, ale od miesięcy albo lat nikt się do nich nie odezwał.

I w tym samym czasie firma mówi:

„Potrzebujemy nowych leadów”.

Nowe leady oczywiście są potrzebne, ale zanim wydasz kolejne pieniądze na ich zdobywanie, warto sprawdzić, czy przypadkiem nie ignorujesz osób, które już kiedyś powiedziały Ci „tak”.

Reaktywacja klienta często jest jednym z prostszych sposobów na odzyskanie części sprzedaży, bo nie zaczynasz relacji od zera.

Ten człowiek zna nazwę Twojej firmy.

Być może pamięta pracownika, z którym rozmawiał.

Ma jakieś doświadczenie z usługą.

Wie, czego się po Tobie spodziewać.

Problem w tym, że wiele firm boi się reaktywacji, bo kojarzy ją z nachalnością.

A przecież powrót do klienta nie musi wyglądać jak telefon:

„Dzień dobry, dawno Pan nic od nas nie kupował”.

Może być informacją o nowej usłudze.

Może być propozycją przeglądu sytuacji.

Może być przypomnieniem o usłudze cyklicznej.

Może wynikać z tego, że pojawiło się rozwiązanie problemu, którego wcześniej nie dało się rozwiązać.

Reaktywacja nie polega na naciskaniu.

Polega na tym, żeby wrócić z wartością i w odpowiednim momencie.

Bo baza klientów, z którą od lat nic nie robisz, nie jest tylko bazą kontaktów.

To często zamrożony potencjał sprzedażowy.

Sprawdź jedną rzecz:

Weź klientów z ostatnich 12 albo 24 miesięcy i zobacz, ilu z nich otrzymało konkretny kontakt reaktywacyjny.

Nie newsletter wysłany do wszystkich.

Nie ogólną reklamę.

Konkretny kontakt.

Konkretną propozycję.

Konkretny powód, dla którego warto wrócić do rozmowy.

Możesz się zdziwić, jak duża część bazy od dawna pozostaje zupełnie niewykorzystana.

3. Wysłaliście ofertę. I zapadła cisza

To jeden z najbardziej klasycznych scenariuszy sprzedażowych.

Marketing wygenerował zapytanie.

Klient porozmawiał z handlowcem.

Był zainteresowany.

Poprosił o ofertę.

Oferta została wysłana.

A potem…

nic.

Mijają trzy dni.

Tydzień.

Dwa tygodnie.

Ktoś w końcu przypomina sobie o kliencie i wysyła maila:

„Czy miał Pan okazję zapoznać się z naszą ofertą?”

I jeżeli odpowiedzi nadal nie ma, temat trafia do szufladki pod nazwą:

„Klient niezainteresowany”.

Tyle że bardzo często to nie klient był niezainteresowany.

Bardzo często nikt nie poprowadził go dalej.

Klient mógł nie mieć czasu.

Mógł nie zrozumieć różnicy między ofertami.

Mógł potrzebować konsultacji z kimś z zespołu.

Mógł mieć nagle zupełnie inny problem do rozwiązania.

Mógł odłożyć temat na później i zwyczajnie o nim zapomnieć.

Dlatego dobry follow-up nie jest desperackim przypominaniem się klientowi.

Jest częścią procesu sprzedażowego.

I przede wszystkim powinien wnosić coś do rozmowy.

Zamiast:

„Czy zapoznał się Pan z ofertą?”

możesz wrócić z komunikatem:

„Po naszej rozmowie widzę trzy miejsca, w których możemy realnie poprawić ten proces. Chciałbym je krótko omówić”.

Albo:

„Wracam do tematu, bo w podobnych firmach na tym etapie najczęściej pojawiają się dwa problemy. Warto sprawdzić, czy u Państwa jest podobnie”.

Różnica jest ogromna.

W pierwszym przypadku przypominasz o swoim istnieniu.

W drugim dajesz klientowi powód, żeby wrócić do rozmowy.

Dobry follow-up powinien mieć rytm.

Zespół powinien wiedzieć:

  • ile prób kontaktu wykonujemy,
  • w jakich odstępach,
  • jakimi kanałami,
  • z jakim komunikatem,
  • kiedy odpuszczamy temat,
  • a kiedy odkładamy go na później.

Jeśli wszystko zależy od pamięci handlowca, jego kalendarza albo tego, czy danego dnia zdąży wrócić do pięciu ofert, nie masz proce

Dowiedź się, jak jeszcze możemy pomóc Twojej firmie rosnąć. 

Dlaczego AI nie działa w firmie? Jeden błąd, który blokuje wdrożenie sztucznej inteligencji

AI ma oszczędzać czas, automatyzować powtarzalne zadania, przyspieszać sprzedaż i zdejmować z pracowników część obowiązków. Tylko co, jeśli po wdrożeniu okazuje się, że narzędzie nie rozwiązuje problemu, z którym firma mierzyła się od miesięcy?

To nie zawsze oznacza, że technologia zawiodła.

Bardzo często oznacza, że firma próbuje przy pomocy sztucznej inteligencji naprawić coś, czego wcześniej sama nie potrafiła nazwać, opisać ani poukładać.

I dokładnie z taką sytuacją spotkaliśmy się w jednej z firm produkcyjnych.

Firma chciała wdrożyć AI. Problem wydawał się oczywisty

Wchodzimy do zakładu produkcyjnego CNC.

Na pierwszy rzut oka sytuacja jest bardzo konkretna i właściwie aż prosi się o technologiczne rozwiązanie.

Handlowcy nie nadążają z przygotowywaniem ofert.

Zapytania od klientów przychodzą, każdą ofertę trzeba przygotować, proces zajmuje dużo czasu, a im dłużej klient czeka, tym mniejsza jest szansa, że finalnie zdecyduje się na współpracę.

Pomysł?

Wdróżmy agenta AI do sprzedaży, który przyspieszy przygotowanie ofert.

Brzmi logicznie.

Jeżeli człowiek potrzebuje dużo czasu, żeby wykonać pewne zadanie, sztuczna inteligencja powinna zrobić je szybciej.

Tyle że kiedy zaczęliśmy zaglądać głębiej w proces, bardzo szybko okazało się, że problem nie zaczyna się w miejscu, w którym firma próbowała go rozwiązać.

Co więcej, podobny scenariusz pojawiał się już wcześniej.

Był CRM.

Były automatyzacje.

Były kolejne narzędzia, które miały uporządkować pracę.

Firma inwestowała w nowe rozwiązania, a mimo to podstawowy problem pozostawał dokładnie tam, gdzie był.

Dlaczego?

Bo CRM, automatyzacja i sztuczna inteligencja potrzebują w gruncie rzeczy tego samego: danych, procesu i czasu potrzebnego na przygotowanie jednego i drugiego.

A tego nikt wcześniej nie poukładał.

Chcesz, żeby AI przygotowywało oferty? Najpierw pokaż mu, jak wygląda dobra oferta

Pierwszy krok wydawał się prosty.

Skoro agent AI ma pomagać w przygotowywaniu ofert, potrzebuje danych, na których będzie mógł pracować.

Poprosiliśmy więc firmę o wcześniejsze oferty.

I dostaliśmy całe ich drzewo.

Tylko że nie było jednego spójnego systemu.

Nie było ustandaryzowanych szablonów.

Nie było prostego schematu, który można byłoby pokazać sztucznej inteligencji i powiedzieć:

„Tak właśnie robimy to u nas”.

Każde zapytanie było inne, każda realizacja wymagała osobnego podejścia, a ogromna część wiedzy nie znajdowała się w systemie czy dokumentacji, tylko w głowach konkretnych osób.

Wtedy pojawia się moment, który przy wdrożeniach AI jest niezwykle ważny.

Nie wystarczy wrzucić do systemu dużej liczby plików i oczekiwać, że sztuczna inteligencja sama odkryje sposób działania firmy.

AI może pracować na danych, ale najpierw ktoś musi zadbać o to, żeby te dane miały sens.

Problem z ofertą okazał się problemem z procesem

Zaczęliśmy więc pytać dalej.

Jak właściwie powstaje oferta?

Kto przygotowuje jej najważniejszą część?

I wtedy dochodzimy do technologa.

To właśnie technolog musi przygotować projekt rozwiązania, który później staje się podstawą oferty.

Problem polega na tym, że czas technologa jest ograniczony, a jego praca jest kosztowna.

W dobrze poukładanym procesie osoba z takimi kompetencjami powinna skupiać się przede wszystkim na projektach, które rzeczywiście będą realizowane.

Tymczasem tutaj technolog przygotowywał rozwiązania już na etapie ofertowania.

Jeżeli oferta nie kończyła się zamówieniem, jego praca w dużej części szła na marne.

I właśnie wtedy zaczynała się spirala.

Technolog poświęcał czas na projekt do oferty, która niekoniecznie miała szansę wejść.

Przez dużą liczbę takich zapytań przygotowanie kolejnych ofert trwało coraz dłużej.

Klient czekał.

Im dłużej czekał, tym większe było ryzyko, że wybierze inne rozwiązanie.

Oferta nie wchodziła.

A ponieważ oferta nie wchodziła, czas technologa po raz kolejny został wykorzystany bez efektu.

I cały proces zaczynał się od początku.

To właśnie ten moment pokazał, że źródło problemu nie znajduje się w braku odpowiedniego narzędzia AI.

Problemem była filtracja zapytań, proces ofertowania oraz wąskie gardło po stronie technologii.

AI nie naprawi procesu, którego firma sama nie rozumie

To jeden z najczęstszych błędów przy wdrażaniu sztucznej inteligencji w firmach.

Najpierw wybieramy narzędzie, a dopiero później próbujemy zastanowić się, co właściwie powinno ono robić.

Tymczasem kolejność powinna być odwrotna.

Najpierw trzeba zrozumieć:

  • jak dziś wygląda dany proces,
  • gdzie traci się najwięcej czasu,
  • kto posiada kluczową wiedzę,
  • jakie dane są potrzebne,
  • które zadania naprawdę da się zautomatyzować,
  • gdzie znajduje się wąskie gardło,
  • i dopiero wtedy zdecydować, gdzie wykorzystanie AI rzeczywiście ma sens.

W przypadku tej firmy odpowiedź była zupełnie inna niż na początku.

Początkowo miał powstać agent AI do sprzedaży.

Po analizie procesu okazało się, że znacznie bardziej wartościowe mogłoby być stworzenie czegoś w rodzaju „AI technologa”, który potrafiłby wesprzeć ten najbardziej obciążony element procesu.

Ale nawet wtedy nie da się po prostu uruchomić programu i oczekiwać gotowego efektu.

Sztuczną inteligencję też trzeba nauczyć

Jeżeli AI ma wykonywać pracę technologiczną, trzeba przekazać mu wiedzę, która do tej pory często funkcjonowała wyłącznie w głowie doświadczonego pracownika.

Trzeba pokazać:

jak liczony jest proces,

jak uwzględniane są straty,

jak określane są naddatki,

jak wygląda kalkulacja,

od czego zależą konkretne decyzje,

jakie wyjątki pojawiają się w poszczególnych przypadkach.

I właśnie wtedy wiele firm odkrywa coś, czego wcześniej się nie spodziewało.

Najwięcej pracy przy wdrożeniu AI nie zawsze dotyczy samego AI.

Najwięcej pracy trzeba wykonać wcześniej.

Uporządkować wiedzę.

Uporządkować dane.

Opisać proces.

Zebrać zasady, które do tej pory były oczywiste dla jednego pracownika, ale nigdy nie zostały zapisane.

Dopiero wtedy sztuczna inteligencja dostaje fundament, na którym można coś zbudować.

„Potrzebujemy danych” — i właśnie tutaj wiele wdrożeń AI się zatrzymuje

Na początku wszystko brzmi ekscytująco.

Agent AI.

Automatyczne przygotowywanie ofert.

Mniej ręcznej pracy.

Więcej czasu dla zespołu.

Szybsza obsługa klienta.

Potem przychodzi jednak moment, w którym ktoś mówi:

„Potrzebujemy danych”.

I wtedy zaczyna się mniej efektowna część projektu.

Okazuje się, że część informacji znajduje się w Excelu.

Część w CRM.

Część w folderach.

Część w starych ofertach.

A najważniejsza część?

W głowie pracownika, który robi coś w określony sposób od kilkunastu lat i nigdy nie miał potrzeby tego zapisywać.

Do tego każdy wykonuje zadanie trochę inaczej, proces nie jest formalnie opisany, a firma właściwie nie wie, ile czasu zajmują poszczególne etapy.

Właśnie tutaj część organizacji dochodzi do wniosku, że „AI u nas nie działa”.

Tylko że AI nawet nie dostało jeszcze realnej szansy zadziałać.

Największy paradoks wdrażania AI w firmie

Większość firm interesuje się sztuczną inteligencją z jednego bardzo dobrego powodu.

Chcą odzyskać czas.

AI ma wykonywać część pracy szybciej.

Automatyzować powtarzalne działania.

Pomagać pracownikom podejmować decyzje.

Skracać czas przygotowania dokumentów, analiz czy ofert.

Tylko że pojawia się pewien paradoks.

Żeby AI mogło później oszczędzać czas, najpierw trzeba ten czas zainwestować.

W porządkowanie danych.

W spisywanie wiedzy.

W analizę procesów.

W ustalenie, kto za co odpowiada.

W sprawdzenie, gdzie naprawdę powstają opóźnienia.

To nie jest najbardziej efektowna część transformacji technologicznej.

Nie wygląda tak dobrze na prezentacji jak hasło „wdrażamy AI”.

Ale bez niej nawet najlepsze narzędzie może po prostu dołączyć do listy kolejnych systemów, które firma kupiła, wdrożyła i po kilku miesiącach zaczęła omijać.

AI nie powinno być pierwszym pytaniem

Zamiast pytać:

„Jakie AI możemy wdrożyć w naszej firmie?”

warto zacząć od zupełnie innych pytań.

Gdzie dziś tracimy najwięcej czasu?

Który proces powoduje największe opóźnienia?

Jakie zadania wykonują ludzie, którzy nie powinni ich wykonywać?

Gdzie znajduje się wiedza potrzebna do podjęcia decyzji?

Czy ta wiedza jest zapisana?

Czy dwie osoby wykonujące to samo zadanie robią je w podobny sposób?

Jak mierzymy efektywność tego procesu?

Dopiero odpowiedzi na te pytania pokazują, czy AI jest rzeczywiście rozwiązaniem i gdzie warto je zastosować.

Czasem okaże się, że sztuczna inteligencja może zmienić bardzo dużo.

A czasem pierwszym krokiem będzie zwykłe uporządkowanie procesu.

I jedno nie wyklucza drugiego.

Wręcz przeciwnie.

Dobrze poukładany proces jest często warunkiem tego, żeby automatyzacja i AI w ogóle zaczęły przynosić efekty.

Najpierw procesy. Potem narzędzia

To podejście jest też jednym z fundamentów MPPM.

Nie zaczynamy od pytania o najnowsze narzędzie, aplikację czy system.

Najpierw przyglądamy się temu, jak firma naprawdę działa.

Jak zarządza procesami.

Jak pracuje z danymi.

Jak deleguje i kontroluje zadania.

Jak wykorzystuje czas ludzi.

Bo jeśli organizacja sama nie wie, gdzie ten czas znika, nawet najbardziej zaawansowane AI może bardzo szybko zamienić się w kolejny koszt zamiast w realne usprawnienie.

I właśnie dlatego przed wdrożeniem sztucznej inteligencji warto zadać sobie jedno pytanie:

Czy naprawdę potrzebujemy dziś AI, czy najpierw musimy przygotować firmę na to, żeby AI miało na czym pracować?

Technologia może przyspieszyć dobry proces.

Może odciążyć ludzi.

Może przejąć część pracy.

Może pomóc firmie skalować działania.

Jednak nie uporządkuje za nas wszystkiego, czego przez lata sami nie chcieliśmy albo nie mieliśmy czasu uporządkować.

I być może właśnie tutaj zaczyna się najważniejsza część każdego skutecznego wdrożenia AI.

Dowiedź się, jak jeszcze możemy pomóc Twojej firmie rosnąć. 

Marka osobista w Beauty. Jak zbudować biznes, który nie kończy się na właścicielu

Ponadto klient wchodzi do salonu branży Beaty i już od progu mówi: „Ja do Moniki”.

Nie pyta o cenę, nie porównuje pięciu miejsc i nie trzeba go długo przekonywać. Wie, do kogo przyszedł, czego może się spodziewać i przede wszystkim – ufa.

To właśnie jedna z największych sił, jakie daje dobrze zbudowana marka osobista w branży Beaty.

O tym rozmawiałem z Moniką Hajdziony, właścicielką Olimpia Day Spa w Rybniku, kosmetyczką roku, kosmetologiem, podologiem i osobą, która od 13 lat rozwija własny biznes.

Marka osobista sprawiła, że klienci przychodzą do niej świadomie, zostają na dłużej i wracają. Jednak podczas naszej rozmowy pojawił się znacznie ciekawszy temat: co dzieje się wtedy, kiedy marka właściciela staje się większa niż możliwości jednej osoby?

Silna marka osobista ma też swoją cenę

Monika zwróciła uwagę na pozornie bardzo przyjemny problem w branży Beaty.

Wielu klientów chce być obsługiwanych właśnie przez nią.

Tylko że doba nadal ma 24 godziny, co dotyczy branży Beaty.

Jeśli więc biznes Beaty ma się rozwijać, w pewnym momencie nie wystarczy już świetny specjalista z mocną marką osobistą. Potrzebny jest zespół, który potrafi dostarczać klientowi podobną jakość i doświadczenie.

I tutaj zaczyna się prawdziwe skalowanie.

W Olimpia Day Spa każda usługa jest oparta na określonych standardach. Powstają materiały, protokoły zabiegowe i instrukcje krok po kroku, pracownicy są szkoleni, a sposób obsługi nie zależy wyłącznie od tego, kto danego dnia wykonuje zabieg.

To ważna lekcja nie tylko dla branży Beaty.

Marki nie skaluje się przez zatrudnianie kolejnych ludzi. Skaluje się ją przez przekazywanie standardu.

A co, jeśli wyszkolony pracownik odejdzie?

To obawa, którą zna chyba każdy właściciel firmy usługowej.

Uczysz człowieka, inwestujesz w jego rozwój, przekazujesz wiedzę, a po pewnym czasie pracownik uznaje, że może rozpocząć działalność na własny rachunek.

Monika przez 13 lat widziała takich historii wiele. I jak sama mówi, feedback byłych pracowników po latach często jest podobny: prowadzenie własnego biznesu okazuje się znacznie trudniejsze, niż wygląda z perspektywy pracownika.

Bo umiejętność wykonania świetnej usługi to jeszcze nie firma.

Za sukcesem stoją codzienna sprzedaż, marketing, zarządzanie zespołem, pozyskiwanie klientów, finanse, standardy i setki małych decyzji, których klient nigdy nie widzi.

Marka osobista + zespół + procesy

Gdy zapytałem Monikę, co zrobiłaby inaczej, gdyby mogła wrócić do początku swojej biznesowej drogi, odpowiedź była bardzo konkretna: wcześniej zaczęłaby delegować i budować zespół.

I chyba właśnie tutaj znajduje się najważniejszy wniosek z naszej rozmowy.

Silna marka osobista może przyciągnąć klienta.

Dobry zespół pozwala obsłużyć ich więcej, ale dopiero standardy i procesy powodują, że firma nie jest uzależniona wyłącznie od właściciela.

Jeżeli budujesz biznes Beaty, nie zastanawiaj się więc tylko, jak sprawić, żeby klienci chcieli przychodzić właśnie do Ciebie.

Zastanów się również, jak sprawić, żeby kiedy już przyjdą do Twojej firmy, mogli otrzymać świetną usługę także wtedy, kiedy to nie Ty osobiście ją wykonujesz.

Marka osobista może być początkiem wzrostu.

Jednak dobrze zaprojektowana firma sprawia, że ten wzrost nie zatrzymuje się na Tobie.

Dowiedź się, jak jeszcze możemy pomóc Twojej firmie rosnąć. 

Onboarding, który kosztuje Cię ludzi i pieniądze. Jak dobrze wdrożyć nowego pracownika

Onboarding, który kosztuje Cię ludzi i pieniądze. Jak dobrze wdrożyć nowego pracownika

Wyobraź sobie pierwszy dzień onboarding, nowy pracownik, w którym wszystko zaczyna się od powitania i wprowadzenia.

Rekrutacja zakończona, kandydat zmotywowany, wszystko wygląda dobrze. Przychodzi do firmy i… właściwie nie wiadomo, gdzie ma iść. Ktoś pokazuje biurko, ale nie ma jeszcze dostępów. Ktoś inny powinien coś wysłać. Kolega obok w końcu zaczyna mu pomagać i mówi:

„Ja też tak miałem. Tutaj wszystkiego musisz nauczyć się sam”.

A przecież na rekrutacji wyglądało tak pięknie.

I tu pojawia się pytanie: czy właśnie onboarding , nowy pracownik, został zatrudniony, czy rozpoczęliśmy proces jego odejścia?

O tym mówię w 58 odcinku podcastu – „Onboarding, który kosztuje Cię ludzi i pieniądze. Jak dobrze wdrożyć nowego pracownika”.

Do tematu wróciłem po spotkaniu EBMASTERS w Katowicach, gdzie pierwszy raz zobaczyłem karty onboardingowe. Lubię narzędzia, które nie kończą się na wiedzy, tylko uruchamiają działanie, dlatego od razu zwróciły moją uwagę.

Ich największa wartość nie polega na samych kartach.

Polega na tym, że zmuszają firmę do zaprojektowania procesu onboardingu.

Co nowy pracownik powinien wiedzieć? Z kim powinien się spotkać? Kto za co odpowiada? Gdzie znajdzie informacje? Co powinno wydarzyć się w pierwszym tygodniu, miesiącu i do końca okresu próbnego?

Nagle ktoś mu pokaże” zmienia się w konkretną odpowiedzialność.

zapytaj kogoś” zmienia się w konkretną osobę.

A onboarding przestaje być improwizacją.

To ważne również biznesowo. Złe wdrożenie nowego pracownika oznacza czas zespołu, błędy, poprawki, frustrację, niższą produktywność, a w najgorszym przypadku kolejną rekrutację. Problem w tym, że firma nigdy nie dostaje jednej faktury z napisem koszt złego onboardingu”. Ten koszt rozlewa się po organizacji.

Dlatego onboarding pracownika nie jest wyłącznie tematem HR.

To proces biznesowy onboarding , nowy pracownik, który wpływa na retencję, efektywność zespołu i employer branding.

Jeśli więc onboarding w Twojej firmie opiera się na zasadzie „jak przyjdzie, ktoś mu pokaże”, nie masz jeszcze procesu. Masz nadzieję, że wszystko jakoś się ułoży.

Zobacz 58. odcinek podcastu.

Dobry onboarding nie zaczyna się od pierwszego dnia pracownika. Zaczyna się dużo wcześniej – od decyzji firmy, że nie będzie wdrażać ludzi przypadkiem.

Dowiedź się, jak jeszcze możemy pomóc Twojej firmie rosnąć. 

Pierwsze 3 miesiące zmiany w firmie, czyli biznesowy Mordor?

Początek zmiany w firmie zwykle wygląda bardzo podobnie. Jest decyzja, energia, nowe pomysły i przekonanie, że tym razem naprawdę zrobimy coś inaczej. Powstają plany, pojawiają się nowe projekty, narzędzia i zadania. Prawdziwe wyzwania zaczynają się kilka tygodni później. Bieżąca praca nie znika, lista rzeczy do zrobienia rośnie, a początkowy entuzjazm zaczyna przegrywać z codziennością.

ZOBACZ›
Jak poprosić klienta o rekomendację

Jak poprosić klienta o rekomendację?

Jest taki moment po dobrze zakończonym projekcie, który zna większość osób pracujących z klientami. Współpraca się udała. Klient jest zadowolony. Wyniki są dobre. Być może podczas rozmowy podsumowującej mówi nawet: „Naprawdę zrobiliście kawał dobrej roboty”. I wtedy pojawia się myśl: Szkoda, że nie mamy tego nagranego. Jak więc poprosić klienta o rekomendację?

ZOBACZ›

Czy Facebook w B2B to wstyd… czy przewaga?

Kilka tygodni temu podczas rozmowy z właścicielem firmy produkcyjnej usłyszałem zdanie, które regularnie powraca podczas konsultacji marketingowych.

– Facebook? Nie. Nasi klienci tam nie siedzą.

Zapytałem więc, czy sam korzysta z Facebooka. Odpowiedział bez chwili zastanowienia, że oczywiście i to codziennie.

ZOBACZ›